Diabłu ogarek
Woźny bez słowa wykręcił mu rękę i powalił na ziemię. Przydeptał nadgarstek zmuszając do rozprostowania palców, po czym szerokim ostrzem kordelasa zadał szybki sztych w dół.
Bartnicki zawył przeraźliwie i wyszarpnął rękę, tuląc ją do siebie. Z dwóch palców, które zostały na podłodze, Stanisław podniósł ten z sygnetem, a z sakwy przy pasie wyjął sztabkę wosku. Powiódł wzrokiem po pobojowisku. Przy wejściu dopalała się jakaś drzazga. Woźny rozgrzał wosk nad płomykiem i odcisnął w nim herb gospodarza.
- Bierz waść! - odrzucił palec właścicielowi. - Jam nie złodziej. A gdyby jaki kauzyperda dociekał, to kiedyśmy się kwitowali, pierścień był in extenso na twoim palcu i na nim przy tobie pozostał...
- I tak... się... nie stawię! - wycedził z nienawiścią szlachcic.
- Takiś hardy? - Stanisław zaciął usta. - No to zobaczymy... - cofnął się, podniósł drugi z obciętych palców, po czym zawinął go w chustę i schował.
- A to... na co to...?
- Skoro waść sam nie przyjdziesz, czort cię za ten palec przed trybunał sprowadzi.
Bartnicki zbladł jakby go kostucha dotknęła. Dopiero teraz pękła w nim dusza, a w oczach błysła czysta groza. Woźny wyszedł nie oglądając się za siebie. Na zewnątrz siedział pan Albert trzymając się oburącz za głowę.
- Gwałt... gwałt... gwałt... - mamrotał monotonnie. Był niegroźny. Stanisław zdjął rękę z krócicy.
Groch przybiegł na pierwszy gwizd. Woźny wskoczył na siodło i ruszył w powrotną drogę. Po jakich stu krokach natknął się gromadę chłopów, którzy zbiegli się z okolicy zobaczyć co się dzieje, ale nie ważyli podejść bliżej.
- Wielmożny panie! - najstarszy spośród nich zdobył się na odwagę i wystąpił, zdejmując czapkę. - Zali to na Bartnickich zajazd?
Widać było wyraźnie, że wszyscy tu cieszą się na tę myśl.
- Zajazd, dobry człowieku, to dopiero będzie jak trybunał dekret wyda - odparł spokojnie Stanisław prostując się w kubalce. - Na razie! - obwieścił głośno. - Biorę was ludzie, jako to dobrych chrześcijan, na świadków, że urodzonemu panu Bartnickiemu doręczono urzędowo wezwanie do stawiennictwa przed trybunałem ziemskim w Liwie! Pomieniony stawiał opór, ale ad finitum pismo przyjął, kwitując odbiór pieczęcią własną.
Chłopi słuchali z przejęciem.










