Diabłu ogarek
Tak to sobie Lawendowscy w ciężkim życiu radzili, odkąd antenaci brukać rycerskiego oręża zakazali. Ale, jakby się kto pytał, to krótki kordelas w karczemnym bigosowaniu sprawiał się znacznie lepiej od długiej klingi.
Cep tylko wizgał wokół Stanisława. Po krzyżu... w kark... w kiść... po grzbiecie... na odlew i w rzyć... Żaden z przeciwników, kompletnie zaskoczonych bronią i wprawą woźnego nie zdołał go nawet tknąć. Przez pół pacierza nieudolnie próbowali dotrzymać Stanisławowi pola, po czym Bartnicki dał znak do odwrotu, to znaczy podpierając się husarską szablą jak kulą pokusztykał w popłochu do dworku, po drodze obalając żonę, która stojąc w drzwiach usiłowała wyrychtować rusznicę. Reszta towarzystwa wpadła za panem Andrzejem i zabarykadowała się od środka. Na majdanie zostało dwóch rozciągniętych pachołów.
Stanisław nie spieszył się. Podszedł najpierw do powalonych. Ten co dostał między oczy już dogorywał. Nad miazgą z oczu i nosa widać było odsłonięty mózg. Woźny zdziwił się trochę, bo choć owszem, po takim uderzeniu delikwent do końca życia powinien smarkać w gardło, to jednak czaszka rozpadła się przesadnie, jak zgniła dynia. Widać wcześniej była już nadtłuczona albo kość franca jaka nadżarła. Trzeba będzie przy okazji cep siarką okadzić...
Zrobił nad konającym znak krzyża i ruszył do tego z anielską miną. Ów właśnie odzyskiwał przytomność. Stanisław chwycił go za kołnierz, postawił na nogi i paroma kopniakami pogonił w pole. Upewniwszy się, że obity stracił ducha do dalszej walki, woźny zwrócił się ku dworowi.
- Obawiam się waszmość, że jednego sługę będziesz musiał pochować! - zawołał. - Przyjmiesz teraz pozew bez dalszych wstrętów?!
- Zapłacisz za krew! - odwrzasnął z wnętrza Bartnicki.
- Sprzeciwiając się prawu sam jesteś sobie winien wszelkich szkód i zranień! - odkrzyknął Stanisław. - Jakże to będzie z pozwem?
- Będziem się bronić! Mamy kule i proch!
- Ja też... - woźny ruszył do konia. Odłożył na miejsce cep, a w zamian wyjął z olster pistolety i wsunął je za pas. Potem z sakwy za siodłem wydobył szczelny pakunek z natłuszczanej skóry. Groch zrozumiał co się święci, bo gdy tylko jego pan wziął czego potrzebował, niezwłocznie potruchtał za najgrubszą z rosnących w pobliżu wierzb.
Woźny podszedł do drzwi dworu. Z wnętrza dolatywały odgłosy pośpiesznego ładowania broni palnej, szczęk stempli, grzechot rozsypanych kul i zduszone przekleństwa. Niesporo im szła ta robota z poprzetrącanymi nadgarstkami...










