Diabłu ogarek
- To wyście ariany?
- Nie - zaprzeczył spokojnie. Lawendowskich z Korzenia nagminnie mylono z węgrowskimi arianami. Zwłaszcza przyjezdnym się to zdarzało, ale nikt z zaścianka się o to nie gniewał. Chyba że, kto na dodatek wymyślił sobie, że Lawendowscy też pacyfiści, a to był już duży błąd...
- Zwyczaj w naszym rodzie jest taki, że my rycerskiej broni zażywamy wyłącznie na królewskie wezwanie, w obronie wiary i ojczyzny. Gdy takiej potrzeby nie ma, nasze szable i miecze leżą w kościele jako wota. Zwyczaj pradawny, od dwóch moich przodków Jakuba i Grzegorza się wywodzi, którzy z krucjaty do Ziemi Świętej powróciwszy, uroczyście ślubowali swoich mieczy w mniej godnej sprawie nie podnosić, a w testamentach potomstwo swoje po wszystkie pokolenia do tego samego zobowiązali.
Przemowa najwyraźniej była zbyt długa i skomplikowana, jak na możliwości umysłowe pana Bartnickiego, bo słuchając jej tak czoło marszczył, że mało mózgu uszami nie wydusił. W końcu jednak pojął jej zasadniczy sens.
- Szablice, znaczy się, w kościele trzymacie?
- Tak.
- Toście kpy! - zarechotał znowu, a za nim cała jego familia, która mimochodem zaczęła obchodzić intruza półkolem.
O sam śmiech Stanisław obrażać się nie zamierzał. Też uważał, że pomysł aby w nagłej potrzebie lecieć po broń, najpierw na plebanię w Starej Wsi, a potem pewnie za organistą z kluczami od kościoła po okolicznych karczmach biegać albo przepatrywać stogi siana, gdzie ów zwykł dziewki obracać, był zdecydowanie mało praktyczny. Słowem, szable jak należy wisiały w domach na ścianach. W kościele zaś i owszem też były, ale te najpiękniejsze i najkosztowniej zdobione jako wota i nikt ich nie ruszał, bo jakże tak? O tym życiowym udogodnieniu obcym się jednak nie gadało o rodowej tradycji opowiadając, nikt w takie szczegóły nie wchodził, przynajmniej nie od razu, więc trzeba było wybaczyć gdy czasem Lawendowskich za głupków mieli. Bo tak z pozoru rzecz biorąc, w prawie byli.
Wszelako było to jedyne życiowe odstępstwo od zasady przodków. Żaden Lawendowski najpierw bez książęcego potem królewskiego wezwania szabli z domu nie wyniósł, no chyba żeby gdzie na ustroniu sztukę krzyżową poćwiczyć. Ale żeby tak samowolnie, przy szabli między ludzi iść, a już, nie daj Bóg, w jakiej karczemnej zwadzie ją dobyć...? O co to, to nie!










