Diabłu ogarek
Stanisław ze swej strony, dojeżdżając na miejsce, nie bacząc na lipcowy skwar dopiął swój zielony żupanik pod szyję i nasadził jak należy kunią czapkę z czaplimi piórami. Powaga urzędu winna iść przed wygodą.
Za tło dyskursu robił wpółzeżarty przez spuszczele dworek z garbatym dachem, na którym ubytki gontu łatano doraźnie słomianą strzechą i prowizorka ta miała, tak na oko ze sto lat, wnosząc po grubości omszenia niektórych łat. W drzwiach stała pani Bartnicka, wypełniając całą ich szerokość. Równie jak mąż rozczochrana i zapuchnięta. Jej zęby oraz pokrzywiony, szczerbaty płot, okalający resztę zapuszczonego folwarku zdradzały iście bliźniacze pokrewieństwo. Mówiąc krótko, nagana szlachectwa za samą babę. Albo płot...
- A bo co?! - rozmowa najwyraźniej zmęczyła już gospodarza. - Czego wasze chcesz?!
Skarga jest na was, od sąsiadów do sądu ziemskiego w Liwie złożona.
- Hę...? A niby kto i o co?
Nie moja rzecz. W pozwie macie wszystko in detalis wyłuszczone.
- To wyście są... - dopiero teraz dotarło.
- Woźny trybunalski. Weźmiecie pozew po dobroci?
- Czeladź! - usiłując podnieść głos do krzyku, co mu nie wyszło. - Ku mnie! - zachrypiał. - A żywo! Jontek, panią czarną!
- Dalej juchy, pan w potrzebie! - zawtórowała mężowi pani Bartnicka, nadspodziewanie piskliwym głosem.
Wyskoczyli z lamusa i zza gumna. Pięciu. Złapali co kto miał pod ręką - widły, orczyki, wekiery, ale jeden w złachmaniałym kontuszu, pewnie jaki krewny gospodarza, dzierżył w garści pordzewiałą batorówkę. Z dworu wybiegł wezwany pacholik i podał panu husarską szablę.
To się Stanisławowi bardzo, ale to bardzo nie spodobało.
- Z rycerskim orężem do hultajskiej rozprawy stajecie? Taka z was szlachta?! - rozgniewany zsiadł z konia. Po krótkim namyśle zrezygnował z uwiązania wierzchowca. Primo, dlatego że stan płotu zupełnie nie gwarantował skuteczności tego przedsięwzięcia. Sekundo, lepiej było polegać na końskim rozumie Grocha, a konisko było umne jak niejeden człowiek.
- A wasze swego korda przepomniał, czy go może po drodze zastawił? - Bartnicki dopiero teraz zauważył, co Stanisław ma przy boku. Był to tylko myśliwski kordelas, solidny, ale ponad połowę krótszy od normalnej szlacheckiej broni.
- My, Lawendowscy szabel na co dzień nie nosimy - odparł z godnością Stanisław.










